Każda sesja terapeutyczna przebiega według tego samego schematu. Najpierw dłuższy wywiad, potem dokładne badanie, decyzja, które struktury potrzebują wsparcia i wreszcie precyzyjna interwencja.
Jednym z najbardziej wartościowych momentów badania jest test nasłuchu na głowie: delikatna, prawie niewyczuwalna praca dłonią na czaszce. To moment, w którym ciało samo "mówi", gdzie znajduje się główny priorytet. Pokazuje, w którym miejscu trzyma najwięcej napięcia lub blokady, nawet jeśli pacjent nie czuje bólu w tym obszarze.
A co, jeśli ciało... nie mówi? Czasem podczas testu nasłuchu czuję ciszę. Nie pustkę, tylko głębokie, świadome milczenie. Jakby organizm mówił: "nie będę pokazywał, dopóki Ty nie zaczniesz mówić za siebie". Wtedy wiem, że pracujemy nie tylko z napięciem tkanek, ale z czymś znacznie głębszym, z historią, której nigdy nie wypowiedzieliśmy na głos. Z emocjami, które braliśmy na siebie "żeby było spokojnie". Z prawdą, którą zostawiliśmy w sobie, bo wydawała się za duża albo zbyt niewygodna.
W takich przypadkach moja interwencja często skupia się na pracy z okolicą serca lub na głowie. Czasem wystarczy jedna sesja, czasem potrzeba kilku — delikatnej, precyzyjnej pracy, która pozwala ciału stopniowo rozluźnić te stare, niewypowiedziane warstwy.
I właśnie wtedy, gdy pacjent wraca do swojego autentycznego głosu, nie tego "grzecznego", nie tego "bezpiecznego", tylko swojego własnego, coś w nim się przesuwa na poziomie, którego nie da się dotknąć. Dla mnie właśnie w tym momencie dzieje się prawdziwe zdrowienie...