Coraz częściej widzę, że największym zmęczeniem nie jest samo działanie, ale wewnętrzny przymus, by stale być bardziej, lepiej, dalej.
A przecież ciało szybko pokazuje prawdę. Pokazuje, kiedy napięcie staje się codziennością, a oddech traci swoją swobodę. Zaczynam coraz mocniej rozumieć, że prawdziwa zmiana nie zawsze przychodzi przez wysiłek. Czasem zaczyna się od zatrzymania, uważności i chwili, w której człowiek przestaje walczyć ze sobą, a zaczyna siebie słuchać.
Wtedy wraca miękkość. Oddech staje się pełniejszy. A w środku pojawia się przestrzeń na równowagę. Bo czasem naprawdę wystarcza niewiele: obecność, oddech i uważność. Z nich rodzi się ukojenie...