Strona główna Terapia Opinie Nauka Mikrokinezyterapia Blog Kontakt
PL EN ES
← Powrót do bloga

Być opiekunem, nie tylko go odgrywać

Lekarz-uzdrowiciel — refleksja nad istotą opieki w zawodach medycznych

Czasem najbardziej ważne rzeczy nie mieszczą się w żadnym programie studiów. Można skończyć uczelnię z najwyższymi ocenami i nie nauczyć się tego, co tak naprawdę decyduje o jakości spotkania z drugim człowiekiem w gabinecie.

Trafiłem ostatnio na fragment, który dobrze to wyraża — z książki Thierry'ego Janssena „Czy choroba ma sens?". Zostawiam go bez komentarza, bo komentarz jest zbędny.

„Około dziesięciu lat wystarczy, by nabyć kompetencje lekarza-technika; czasem całe życie jest potrzebne, by stać się lekarzem-uzdrowicielem. Ta sama reguła dotyczy wszystkich profesjonalistów służby zdrowia: »odgrywanie roli opiekuna« niekoniecznie oznacza »bycie opiekunem«.

Różnica tkwi w małym dodatku duszy, którego życie podejmuje się nas nauczyć poprzez kryzysy, przez które przechodzimy, rozczarowania, których doświadczamy, pokorę, której się uczymy. Potrzeba czasu, aby zrozumieć prawa życia. Tym więcej czasu, że często opieramy się, odmawiamy przyjęcia rzeczywistości taką, jaka jest naprawdę; boimy się i bronimy.

»Bycie opiekunem« wymaga wrażliwości, uwagi, słuchania i empatii, które tylko istoty nieco mniej wystraszone, a przez to rozwijające mniej mechanizmów obronnych, mogą oddać na służbę swojej intencji leczenia.

Nie mówi się o tym na wydziałach medycyny, nie uczy się tego również w szkołach pielęgniarstwa, w instytutach fizjoterapii, w ośrodkach szkolenia w terapiach alternatywnych lub uzupełniających. Zapomina się o tym także w niektórych szkołach psychoterapii. Niestety."

— Thierry Janssen, „Czy choroba ma sens?"

Dlaczego ten cytat zostaje ze mną

W codziennej praktyce terapeutycznej regularnie wracam do tej myśli. Każdy zawód medyczny ma swoją techniczną stronę — anatomię, fizjologię, protokoły, techniki manualne. To wszystko można opanować w określonym czasie. Ale jest też strona, której nie nauczy żaden podręcznik: jakość obecności.

Pacjent rozpoznaje różnicę natychmiast. Czuje, czy ktoś naprawdę słucha, czy tylko czeka na swoją kolej, by zastosować technikę. Czy widzi w nim osobę, czy przypadek. Ta różnica nie jest abstrakcyjna — przekłada się na rezultaty terapeutyczne, na zaufanie, na to, czy ciało pacjenta w ogóle zechce się otworzyć podczas pracy.

Dlatego praktyka terapii integracyjnej wymaga ode mnie ciągłego powracania do pytania: czy w tej chwili odgrywam rolę, czy naprawdę jestem? Czy mam w sobie dość uwagi, by dostrzec to, co subtelne? Czy moje mechanizmy obronne nie zamykają mnie na to, co pacjent próbuje mi przekazać — często bezsłownie?

To pytania, które towarzyszą mi w gabinecie każdego dnia. I dobrze, że Janssen o nich pisze tak prosto.

Umów wizytę